Natchnienie chwili 3: Zamek

23 lip 2026

               Siedziałam w ławce i utwierdzałam się w przekonaniu, że podboje Aleksandra Wielkiego kompletnie nic mnie nie obchodzą. Zwyczajne odpłynięcie myślami nie wchodziło jednak w grę. Już siedzenie z mało zainteresowanym wyrazem twarzy było ryzykowne, za przyśnięcie groziła prawdopodobnie kara śmierci. Trwałam więc z szeroko otwartymi oczami i zainteresowanym wyrazem twarzy, który nie miał absolutnie nic wspólnego z moimi odczuciami. Podejrzewałam, że na tym etapie już cała klasa ma wyćwiczone odpowiednie miny, które zapewniają względne bezpieczeństwo na lekcjach historii.

               Nasz nauczyciel był przykładem osoby, której powinno się odebrać prawo do wykonywania zawodu za sam ton głosu. Jak on to robił, nie wiem, ale w momencie, kiedy on otwierał usta, mnie zamykały się oczy. Kiedy wydobywał się z nich pierwszy dźwięk, czas zwalniał, powietrze gęstniało, a chęć do życia uciekała przez okno. On sam natomiast był przekonany nie dość, że o absolutnej nadrzędności wykładanego przez siebie przedmiotu nad całą resztą, to jeszcze o swoich znakomitych umiejętnościach dydaktycznych. Jego zdaniem powinniśmy z utęsknieniem wyczekiwać wtorkowych zajęć, a przez resztę tygodnia powoli usychać, oddzieleni od jego lekcji czasem i przestrzenią. Tymczasem było dokładnie odwrotnie. Po opuszczeniu kasy czuliśmy, jak wraca nam energia, a w dusze wstępuje nadzieja. W końcu zawsze istniała możliwość, że do następnego wtorku człowiek zdąży się rozchorować…

               Gdyby jeszcze w parze z niską jakością usług edukacyjnych, szły w parze równie niskie wymagania, to byłaby połowa biedy. Wystarczyłoby wtedy odsiedzieć swoje, próbując nie zanudzić się przy tym na śmierć i już nigdy więcej nie myśleć o przedmiocie lekcji. Nieszczęście polegało na tym, że w jego świecie byliśmy zaangażowani w temat nie gorzej niż on, a nikt nie zamierzał wyprowadzać go z błędu. Trzeba się zatem było uczyć. I to uczyć porządnie, odwalanie fuszerki nie wchodziło w grę. On mówił „niestety nie ma pewności, co do daty dziennej, musimy się zatem zadowolić rokiem wydarzenia”, a nam marszczyły się wątroby.

               Jedynym, na co ten reżim działał pozytywnie, była nasza kreatywność. Umówmy się, że tych wszystkich dat nikt normalny nie dałby rady spamiętać, potrzebne zatem były ściągi. Prześcigaliśmy się w pomysłach na ich formę i miejsce ukrycia. Zazwyczaj były długie jak papier toaletowy i zawierały tyle informacji, że mogłyby obdzielić ze trzy archiwa. Najważniejsze jednak, że dawały radę. Kwestię dat mogliśmy spokojnie uznać za rozwiązaną, pozostawała zatem tylko reszta. Stanowiły ją nieskończenie długie ciągi przyczynowo skutkowe, które podobno powinny stanowić dla nas logiczną całość. Nie stanowiły.

               Głównie dlatego, że nauczyciel dyktował je nam ciągiem, zamieniając nasze zeszyty w kroniki historyczne. Drugą przeszkodę stanowiły spójniki, których nadużywał. Ale nie byle jakie! Na próżno było szukać tam jakiegoś „bo” albo „ale”. Nie, nie! W jego tekstach królowały takie słowa jak „azaliż”, „albowiem”, „tudzież”, „wszelako” czy „aczkolwiek”. Dopiero po wzięciu ołówka i wykreśleniu tych wszystkich ozdobników i zastąpieniu ich słowami dla pospolitych ludzi, można się było domyśleć sensu zdania. Na szczęście proces ten następował nie częściej niż raz na miesiąc, kiedy ogłaszany był sprawdzian. Wtedy takie wykreślanie było nawet dość odświeżającym zajęciem. Przede wszystkim można się było dowiedzieć, o czym w zasadzie była mowa przez ostatnie kilka tygodni.

               Z kontemplowania mojej ignorancji dla osiągnięć Aleksandra Wielkiego wyrwała mnie Milena. Spojrzałam na pozycję w spisie treści podręcznika, którą pokazywała mi palcem. No tak, dzisiejszy temat był ostatni w tym dziale. Procedura wykreślania jest zatem bliżej niż myślałam. Westchnęłam ciężko, udając, że wcale nie wzdycham. Może uda mi się złapać jakieś lekkie przeziębienie przed następnym wtorkiem…?