Natchnienie chwili 2: Zamek

19 kwi 2026

               Wiecie co wynika z połączenia przeciętnie sytuowanej rodziny i nieprzeciętnie drogiego hobby jednego z dzieci? Ja wam powiem: ból pleców. Ale od początku.

               Była sobota. Zza zasłon do pokoju wdzierało się światło dnia. Na dalsze spanie nie było już szans. Wstałam z łóżka i odsłoniłam okno. Krajobraz wyglądał tak samo, jak zawsze – całkowicie zwyczajnie. Po ogrodzie nie biegały żadne krasnoludki, a na horyzoncie nie było żadnego smoka. Co ja mówię smoka! U nas nawet na jaszczurki jest za zimno. A może to i dobrze? Pufon i tak by wszystkie zeżarł. Przez okno w łazience widok był jeszcze gorszy. Ulicą właśnie przejechała śmieciarka ze swoim charakterystycznym piszczeniem. Rezygnując z wypatrywania niezwykłości, zdecydowałam się zejść na dół.

               Otworzyłam drzwi do salonu i natychmiast napadły mnie oba psy. Cieszyły się tak, jakby nie widziały mnie miesiąc, a nie od zeszłego wieczoru. Pufon nawet nie ruszył się ze swojego miejsca na szczycie drapaka. Otworzył leniwie jedno oko i równie powoli je zamknął. Ewidentnie jeszcze się za mną nie stęsknił. Mogło mieć to coś wspólnego z tym, że przez większość nocy spał mi na głowie.

               Udało mi się w końcu zaspokoić psią potrzebę powitań i powęszyłam w powietrzu. To ewidentnie nie był ten dzień, kiedy ciocia ma rano natchnienie i robi dla wszystkich gofry. Westchnęłam w duchu i otworzyłam lodówkę, żeby zobaczyć, z czym mogę zrobić sobie kanapkę.

               Akurat kończyłam jeść, kiedy dwa wpatrzone dotąd we mnie psy rzuciły się do drzwi wejściowych. Szybko wepchnęłam sobie do ust resztę chleba, żeby chociaż kawałek zjeść bez ciężaru ich głodujących spojrzeń. W przedpokoju pojawiła się dokładnie ta osoba, której się spodziewałam – moja przyjaciółka Milena. Jednocześnie przez drzwi prowadzące z kuchni do ogrodu weszli ciocia z wujkiem. Psy przez chwilę nie wiedziały, co zrobić. Widziałam na ich pyskach kalkulacje, czy opłaca się porzucić Milenę i biec do tamtych, czy lepiej jednak zostać. Ostatecznie zostały, bo w rękach cioci i wujka były tylko puste filiżanki po kawie. Nie było szans na wyżebranie czegoś do jedzenia. Gość był zatem ciekawszy.

- Czy to dzisiaj jest ten dzień? – zapytała ciocia, patrząc na Milenę.

- Tak, przyczepiamy kryształki do mojego stroju – przyjaciółka poklepała wypchaną materiałową torbę.
- Bądźcie tylko tak dobre i zróbcie to u Leny, a kota zostawcie na dole – ciocia rzuciła okiem na Pufona, który przestał na moment się lizać i spojrzał na nią z pewnym wyrzutem.

               Różne modyfikacje strojów tanecznych Mileny nie były żadną nowością. W zeszłym roku przyszywałyśmy do kostiumu różowe piórka. Efekt był nawet niezły, ale wracały z żołądka Pufona przez następny tydzień. Musiał się ich najeść, kiedy zrobiłyśmy dobie przerwę. Upstrzył nimi cały salon i trzeba było prać dywan. Prośba cioci była zatem całkowicie uzasadniona.

- W takich momentach szczerze nienawidzę tańca w każdej formie – stęknęłam dwie godziny później. – Czy ty naprawdę musisz zmieniać te kostiumy? Nie mogłabyś tańczyć w tym z zeszłego roku? I tak pewnie nikt go nie pamięta.

- Swój solowy mam z zeszłego roku i wcale się nie pcham, żeby zmieniać – odparła Milena i porównała fragment stroju z rysunkiem wzorcowym. – Ale ten jest do formacji, mówiłam ci. Nowy sezon, nowa choreografia, nowe stroje. Nie ma na to siły.

- Ja im kiedyś powiem, co o tym myślę – wymamrotałam pod nosem i podniosłam się z podłogi. – Plecy mi zesztywniały. Kolano mnie boli. Czy tak się czują starzy ludzie? – jęknęłam, próbując się rozciągnąć.

- Pewnie podobnie, tylko przyczyna inna – przytaknęła Milena, przenosząc wzrok z naszego dzieła na wzór i z powrotem.

Przyjrzałam się temu krytycznie. Wściekle pomarańczowy kostium składał się jakby z body, do którego był przyczepiony prawy długi rękaw i lewa nogawka. Dodatkowo wokół szyi miał coś, co stanowiło rodzaj zapinanego półgolfu. Z braku manekina naciągnęłyśmy główną część ubrania na pięciolitrowy baniak po wodzie. Dokładając wieszak i bardzo dużo papieru toaletowego, próbowałyśmy sprawić, żeby przybrał kształty bardziej ludzkie. Wyszło jak wyszło, ale przynajmniej ramiona trzymały jakiś kształt.

- Na moje oko góra jest w porządku – orzekła Milena. – Możemy lecieć dalej. Wolisz zacząć od rękawa czy nogawki?

- Wszystko jedno. Wiesz w ogóle, ile tego jest? – ruchem głowy wskazałam na plastikowy worek z kryształkami.

- Coś ty! Kupowałam na wagę.

               Rękaw wbrew spodziewaniom wcale nie szedł szybciej. Co prawda nie musiałyśmy już tworzyć wzoru z cyrkonii i pilnować jego podobieństwa z wyznaczonym kształtem, ale za to powierzchnia do pokrycia była znacznie większa. O nogawce na razie nie myślałam. Za to czułam, że nabieram wprawy i dostrzegłam w tym pewien potencjał.

- Wiesz co? W przyszłym roku zrobimy inaczej. Powiesz tym swoim koleżankom z formacji, że masz krawcową, która robi takie rzeczy za połowę ceny-

- A gdzie ja taką znajdę? – spytała Milena z rezygnacją.

- Nigdzie, słuchaj dalej. Na pewno na to pójdą. Mało mają kasy, czy dużo, wszystko jedno, każdy chce przyoszczędzić. Zbierzesz od nich kostiumy i same przyczepimy, co będzie do przyczepienia. Pieniędzmi podzielimy się na pół.

- Jakimi pieniędzmi?

- Jak ty wolno myślisz! – westchnęłam ciężko. – Tymi, które zbierzesz, żeby zapłacić tej fikcyjnej krawcowej. Ile was tam jest? Dwadzieścia cztery? Dwadzieścia trzy bez ciebie. Przemnóż to sobie przez połowę tego, co one płacą teraz. Nawet dzieląc na nas dwie, to wychodzi bardzo przyjemna suma.

- I co dalej?

- O rany, nic! Bierzemy stroje, przerabiamy według wytycznych, oddajemy i inkasujemy pieniądze. Piękny interes.

Milena myślała bardzo długo.

- Debilny pomysł – stwierdziła w końcu.

- Jak debilny? – prawie się obraziłam. – Genialny, nie debilny.

- Nie ma opcji, żebyśmy się wyrobiły w terminie. Emerytura nas zastanie, a my dalej będziemy kleić kryształki, przyszywać cekiny albo coś takiego.

- Ale może w przyszłym roku będzie coś miłego i prostego? – podsunęłam, nie tracąc nadziei.

- Za miłe i proste będą mało płacić – zauważyła trzeźwo Milena. – Przecież dlatego teraz nad tym siedzimy. Za doklejenie tego w zakładzie zażyczyli sobie taką kwotę, że musiałabym zawiesić kieszonkowe na pół roku. Rodzice już i tak płacą fortunę za treningi. Nie, bez sensu zlecać to komuś, jak sama mogę to zrobić w ciągu jednego dnia.

Chrząknęłam znacząco.

- Nie sama, tylko z twoją nieocenioną pomocą – poprawiła się. – Ale nawet w tych warunkach nie chcę tego robić jeszcze raz.

- Zobaczymy, co będzie w przyszłym roku – powiedziałam, nie dając się tak łatwo zbić z tropu. – Oferta do tego czasu jest aktualna.

- I przy tym pozostańmy – Milenia kiwnęła głową.

               Wyciągnęłyśmy pozwijane w rulony T-shirty z rękawa i zaczęłyśmy wypychać nimi nogawkę. Baniak trzeba było zsunąć na brzeg stołka, żeby mieć dobry dostęp do materiału. Obciążony baniak przeważył, stołek się wywalił i spadł mi na stopę. Dał się ustabilizować dopiero, jak obciążyłyśmy go z drugiej strony książkami. Układając je, coś strzyknęło mi w plecach i zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy mój pomysł na biznes w istocie jest taki dobry…