Natchnienie chwili 1: Zamek

1 kwi 2026

Zacznijmy od tego, że mieszam w zamku. Ja wiem, ludzie zazwyczaj najpierw się przedstawiają, ale moją najważniejszą cechą naprawdę jest miejsce zamieszkania. Nie wyobrażajcie sobie za dużo, to nie jest pałac o stu komnatach osadzony w malowniczym parku, a raczej chichot architekta. Wygląda trochę tak, jakby ktoś uparł się ścisnąć średniowieczny zamek na powierzchni znaczka pocztowego i to jeszcze w bardzo przeciętnym rozmiarowo ogrodzie. W efekcie mamy coś, co z daleka i przy złej pogodzie może przypominać zwykły dom z bliska widać, że jest to prawdziwy zamek z kamienia, z fosą i wieżą, a ze zwykłym domem ma wspólny tylko rozmiar.

               Ten radosny przybytek ma sześciu mieszkańców: trzech ludzkich i trzech futrzastych. Do ludzkich zaliczają się ciocia i wujek. Przejęli nade mną opiekę po śmierci rodziców. Byłam wtedy na tyle mała, że nawet ich nie pamiętam. Od zawsze moją najbliższą rodzinę stanowią ciocia i wujek. Parę lat temu pojawiły się jeszcze dwa wielkie owczarki staroniemieckie (tak, staroniemieckie, niemieckie wyglądają, jakby całe życie spędzały gotowe, by usiąść na nocniku, biedne pieski) Mars i Wenus. Poetycko, prawda? Imiona wymyślał wujek. Myślę, że jest trochę skrzywiony na punkcie fizyki z racji swojego zawodu. Pracuje jako inżynier w zakładzie produkującym jakieś bardzo specjalne części. Nawet próbował mi kiedyś wyjaśnić, jakie, ale do tej pory rozumiem tylko tyle, że mają coś wspólnego z lotnictwem i że dzięki nim samoloty nie spadają.

               Z ciotką dobrali się nieźle. Ona z kolei jest księgową. Przez sporą część dnia przekłada dokumenty z jednej kupki na drugą, wpisując po drodze do komputera liczby, które (o ile wiem) bierze z tych dokumentów. Także jest druga na liście rzeczy, których nie rozumiem, zaraz po wujku i jego częściach. Ciocia na szczęście pracuje z domu, dzięki czemu ma czas zająć się gotowaniem, a my z wujkiem nie umarliśmy jeszcze z głodu. Nasze talenty ograniczają się do zrobienia jajecznicy z nie bardzo dużą ilością skorupek. Dlatego my sprzątamy, a wujek dodatkowo naprawia wszystkie zepsute elementy. Nie wiem, czemu oboje bardzo niechętnie powierzają mi młotek. Ogrodem za to nie zajmuje się nikt. Zarósł do pewnego stopnia i tak sobie trwa. Za domem jest porządnie odchwaszczony tylko kawałek. Taki, żeby zmieściła się ławka i stół, kiedy przyjdzie nam do głowy zrobić grilla. Największą ingerencją w ogród dokonaną przez ciotkę i wujka było zasypanie idiotycznej fosy wokół domu. Ja tych czasów nie pamiętam, ale widziałam na zdjęciach i można jeszcze odnaleźć niewielkie wgłębienie terenu.

               Jest jeszcze kot Pufon. Wziął się z tego samego źródła, z którego biorą się wszystkie koty – z kartonu. Ciocia znalazła go przy śmietnikach na końcu ulicy. Jeśli chodzi o jego relacje z psami, są dobre. Pojawił się jako ostatni, więc nie miał za dużo do gadania. Za to teraz traktuje je jak swoje osobiste posłanie.

               Wreszcie dotarliśmy do mnie. Jestem Lena i nie lubię swojego imienia. No, jeszcze „Lena” jako tako, ale „Lenka”? Spotkałam kiedyś na spacerze pudla, który tak się nazywał i dalej uważam, że do niego to imię pasowało lepiej. Jak już wspomniałam, jedyną niezwykłą rzeczą w mojej egzystencji, jest nasz zamek. Śmiem twierdzić, że załapałam się na najbardziej prestiżowy pokój, bo moja sypialnia mieści się na szczycie wieży. Jest okrągła, więc żaden mebel nie stoi dokładnie przy ścianie, ale nie mam nerwicy natręctw, więc jakoś sobie z tym radzę. Jest też niewielka wnęka z umywalką i toaletą. Uważam, że bardzo bajkowo byłoby mieć tam wannę. Pomyślcie tylko, wanna na szczycie wieży… Ale nikt oprócz mnie nie pała entuzjazmem do tego pomysłu. Poza tym, wnęka jest tak mała, że nawet gdyby usunąć sedes i umywalkę, wanna wystawałaby na pokój. Także myję się na dole, ale przynajmniej odpada mi bieganie w nocy po schodach do toalety. A schodów jest trochę. Pewnie dlatego jedynym gościem na górze bywa Pufon. Wujek w końcu zrobił mu klapkę w drzwiach na dole, żeby nie jęczał za każdym razem, kiedy chce wejść albo wyjść. I to już wszystko. Nie wszystko, że koniec i do widzenia, ale koniec tego niezwykłego. Nie ma wróżek wampirów ani wilkołaków, a jedyna magia, z jaką mam do czynienia, to samoczynnie znikające kanapki, kiedy talerz zbyt długo stoi na niskim stoliku.