Little blind

14 mar 2026

               Dorian wyszedł na zewnątrz. Drżącymi rękami oklepał kieszenie. Były puste. Automat z papierosami stał kilkanaście metrów dalej, ale pieniądze dawno się skończyły. Będzie zatem zmuszony odetchnąć świeżym powietrzem. Wziął głęboki oddech. Nie poczuł nic. Ani zapachu pobliskiego lasu, ani smrodu spalin z drogi za parkingiem. Po ostatnich kilku godzinach, które spędził w gorącym zaduchu, chłód, jaki zalał mu płuca, niemiło go zaskoczył. Dopiero teraz zorientował się, że jest noc. Ale przecież, jak przychodził, było zupełnie jasno…

               Neony kasyna rzucały na parking zimne, barwne światło. W jego kręgu, kilka metrów od Doriana stała dziewczynka. Mogła mieć jedenaście, dwanaście lat. Była ubrana w białą sukienkę i granatowy sweterek. Na nóżkach miała czerwone buciki. W tym samym kolorze była również opaska na jej włosach. Ale tym, co najbardziej przykuwało uwagę, była biała laska, którą trzymała w dłoni. Dziewczynka była ślepa.

- Zostało ci coś jeszcze? – zapytała.

Dorian aż podskoczył na dźwięk jej głosu. Odwrócił się gwałtownie i napotkał jej niewidzące spojrzenie.

- Nie – mruknął wrogo, ale po chwili przyszła mu do głowy myśl, która sprawiła, że ton jego głosu nieco złagodniał. – A co? Chcesz mi pożyczyć?

- Nie – dziewczynka pokręciła głową.  – Chciałam zapytać, czy odprowadzisz mnie do domu. Boję się wracać sama po ciemku.

- Zdaje się, że dla ciebie zawsze jest ciemno – stwierdził na powrót rozdrażniony.

- Dobrze wiem, kiedy jest noc – odparła bez gniewu. – To jak? Będziesz moim przewodnikiem?

Dorian stał przez chwilę, żując w zębach odpowiedź. Cholernie nie na rękę było mu robienie za opiekunkę, ale nie mógł jej przecież zostawić samej. Rozejrzał się nawet wokół, szukając kogoś, na kogo mógłby zwalić ten nieoczekiwany obowiązek, ale parking był pusty. Padło na niego.

- W porządku – powiedział w końcu. – Ale ty prowadzisz, bo jasnowidzem nie jestem i nie mam pojęcia, dokąd idziesz.

- Dobrze – zgodziła się. – Chodźmy.

               Dziewczynka ruszyła pierwsza, bezbłędnie kierując się w stronę bramy. Jej laska postukiwała rytmicznie w asfaltową powierzchnię parkingu. Dorian szedł za nią sztywno, nawet nie patrząc na stojące po obu stronach samochody. Kiedy doszli do wyjazdu, dziewczynka zatrzymała się, mimo że nie nadjeżdżał żaden pojazd, a dookoła nich było idealnie cicho.

- A ty? Masz samochód? – zapytała.

Dorian wzdrygnął się, kiedy jej głos zadźwięczał w powietrzu.

- Już nie – odparł i zatrzymał się obok niej. – W którą stronę idziemy?

- W prawo. Stamtąd przyszłam.

               Opuścili teren kasyna i skręcili w prawo. Postukiwanie białej laski stało się bardziej przytłumione, kiedy jej koniec zaczął trafiać na gruntowe podłoże pobocza. Szli obok siebie, zostawiając za sobą jaskrawe neony, parking i dochodzące z oddali okrzyki radości i rozpaczy. Na niebie nie było ani księżyca, ani chmur. Tylko gwiazdy towarzyszyły im podczas wędrówki przez las. Swoim nikłym blaskiem oświetlały świat na tyle, że Dorian był w stanie rozpoznać jezdnię, pobocze, ścianę lasu i kroczącą koło niego sylwetkę.

- Mogę o coś zapytać? – odezwał się po dłuższym czasie.

- O co tylko chcesz – odparła dziewczynka, nie przestając stukać w ścieżkę.

- Co robisz tak późno sama, z dala od domu?

- Wybrałam się na spacer – powiedziała z rozbrajającą szczerością.

- O tej porze? – zapytał zaskoczony. Odruchowo spojrzał na zegarek i przypomniał sobie, że go nie ma.

- Wyszłam dużo wcześniej – wyjaśniła. – Po prostu trochę straciłam poczucie czasu.

- Ale dlaczego akurat dzisiaj? – naciskał. – Przecież padało.

- Świeciło słońce – poprawiła go. – Zresztą to bez znaczenia. Bardzo lubię spacerować. Nie przepuściłabym ostatniej okazji.

- Ostatniej? – spytał nieufnie i poczuł, jak po plecach przelatują mu ciarki. – Dlaczego ostatniej?

- Buty – odpowiedziała krótko. – Podeszwy zupełnie się przetarły, zaczynam czuć stopami chodnik, którym idę.

- To tylko buty – stwierdził i w duchu odetchnął z ulgą.

- To aż buty – jej słowa niemal zlały się z kolejnymi uderzeniami białej laski. – Moja wędrówka się kończy.

Szli dalej, krok za krokiem, stuk za stukiem. Było cicho i zimno, a wąwóz lasu zdawał się nie kończyć. Dorian czuł, że popada w jakieś dziwne otępienie, że rytm kroków i uderzeń laski wżera mu się w mózg. Miał wrażenie, że jeśli teraz się nie odezwie, już zawsze będzie szedł przed siebie w towarzystwie ślepej dziewczynki z gwiazdami nad głową i pustką w duszy, w której echem odbijał się beznamiętny dźwięk stukającego w ziemię końca białej laski.

- Co nie zmienia faktu, że to trochę dziwna okolica na spacery – powiedział w końcu. – Zaszłaś aż do kasyna.

- Ty też.

- No… tak – Dorian nagle poczuł się zmieszany. – Ale ja tam byłem celowo.

- Ah, więc ty też jesteś z tych? – zapytała i roześmiała się cicho.

- Co cię bawi? – warknął mężczyzna. Zdecydowanie agresywniej niż chciał.

- Hazard mnie bawi – dziewczynka widocznie nie poczuła się urażona, bo jej śmiech ucichł dopiero teraz.

- Nie widzę w tym nic śmiesznego.

- Nie? A ja widzę. Na przykład to, ile pieniędzy na to wydajesz. I po co? To marnotrawstwo.

- To nie marnotrawstwo, to inwestycja – poprawił ją Dorian.

- To jakaś mało opłacalna – mruknęła.

- Każda inwestycja wymaga pieniędzy – wyjaśnił mężczyzna, czując, że łapie grunt pod nogami. – Czasem mniej, a czasem więcej. A ta wymaga sporo. I to tylko dlatego, że termin otrzymania zysku jest nieokreślony.

- I wy się wszyscy tak oszukujecie – westchnęła i pokręciła głową. – O ile prościej by było, gdybyście przyznawali otwarcie, że nie idziecie tam zarobić, tylko…

- Tylko? – spytał Dorian, kiedy dłuższe czekanie w ciszy z tym ostatnim wyrazem zawisłym między nimi stało się nie do zniesienia.

- Tylko, żeby poczuć adrenalinę.

- Dreszczyk emocji jest tylko przyjemnym skutkiem ubocznym – zaprotestował, ale jakoś łagodniej niż chciał.

- Proszę cię – prychnęła dziewczynka. – Chodzicie tam tylko po to. Za grubą forsę kupujecie możliwość poczucia emocji. To jak mentalne narkotyki. O tyle gorsze, że bez dawkowania.

- Ale… - zaczął Dorian, po czym umilkł, nie znajdując nic więcej, co mógłby powiedzieć.

- To bez sensu – orzekła. – To już chyba lepiej się upić. Przynajmniej wiesz, że czegoś nadużyłeś i coś poskutkowało, a tak…

- To nie o to chodzi – mężczyzna w końcu wypluł obronne słowa. – To jest coś doskonałego. Przyglądanie się z bliska ludzkiemu geniuszowi, umiejętność zapanowania nad pozornie losowymi wydarzeniami. Los, który gnębił starożytnych Greków przez tysiące lat, jest ci podległy. Czujesz się jak bóg, który panuje nad światem niedostępnym dla zwykłych śmiertelników. Nad metafizyczną warstwą, która właściwie nie istnieje. To jest najbliższe, niemal namacalne spotkanie z matematyką. Przy pomocy liczb, które ktoś kiedyś wymyślił i działań, które później wymyślił ktoś inny, możesz być pewna, kiedy wypadnie orzeł, a kiedy reszka. Kiedy wygrasz, a kiedy stracisz. Zaczynasz się mieścić w tak niewielkim odsetku, że niemal nieistniejącym.

- Czyli kupujesz możliwość zachwytu, chwilowe poczucie kontroli, chwilowe poczucie własnej wartości, chwilowe poczucie sukcesu i chwilową inteligencję.

Przez jakiś czas szli w ciszy, nie licząc systematycznych uderzeń białej laski o ścieżkę. Temperatura rozmowy opadła, a do Doriana zaczął docierać chłód nocy. Zamknięty dotąd w dusznym otoczeniu gotujących się w jego głowie argumentów, które mogłyby obronić jego tezę, na powrót zaczął myśleć trzeźwo.

- Zaczynam rozumieć – odezwała się dziewczynka, a jej głos na nowo wypełnił wąwóz lasu. – To wszystko jest chwilowe, więc im dłużej tam jesteś, tym dłużej czujesz się kimś. Ale każda minuta tego poczucia kosztuje, więc na jego rzecz wydajesz wszystkie pieniądze.

- Rozumiesz? – Dorian tak się zdziwił, że aż przystanął. Zaraz jednak ruszył dalej, bo dziewczynka nawet nie zwolniła. – Nikt nie rozumie.

- Rozumiem, że chcesz się czuć człowiekiem.

Dorian nie był w stanie stwierdzić, jak długo szli w milczeniu. Rytmiczne postukiwanie zaczęło go usypiać. Czuł, jak jego mózg delikatnie się kołysze. Był całkowicie pogodzony z rzeczywistością. Wszystko, co by się teraz stało, przyjąłby jako naturalny element świata i nawet nie zboczyłby ze ścieżki. W jego głowie istniało tylko ostatnie wypowiedziane przez nią zdanie i nic więcej. Jak dziecko po długim płaczu był wyczerpany i gotów do zaśnięcia.

- To tutaj – dziewczynka zatrzymała się, a uderzenia laski ustały.

               Oboje stali przed metalową bramą zakończoną ostrymi szpikulcami. Za nią, w głębi ogrodu świeciło żółte światło. Prawdopodobnie z okien domu. Rodzice musieli na nią czekać. „Jest tak późno, na pewno się martwią. I tak cud, że nie wezwali policji” przemknęło przez myśl Dorianowi. Dziewczynka położyła dłoń na klamce i otworzyła skrzypiącą furtkę.

- Poczekaj, mam jeszcze jedno pytanie – zatrzymał ją.

- Słucham.

- Nie byłoby dla ciebie bezpieczniej, jakbyś poszła do domu sama niż z obcym? Przecież mogłem się okazać psychopatycznym mordercą.

- Prawdopodobieństwo tego, że jesteś psychopatycznym mordercą wynosi jakieś 0,4% - odparła. – Było zbyt małe, żeby mogło się zdarzyć.

Weszła do ogrodu i zamknęła za sobą furtkę. Odeszła w stronę żółtego światła, a uderzenia jej laski w miękką ziemię towarzyszyły Dorianowi jeszcze przez chwilę.

               Niewiele myśląc mężczyzna ruszył dalej przed siebie. Nawet nie przeszło mu przez myśl, żeby zawrócić. Szedł naprzód, a jedynym dźwiękiem, jaki mu towarzyszył, było chrzęszczenie jego własnych podeszw na gruntowym poboczu. Nie istniało nic i nikt, a on cały czas posuwał się naprzód. Ta wędrówka stała się dla niego tak naturalna, jakby urodził się, idąc tą drogą i miał umrzeć, postawiwszy ostatni krok.

               Powoli zaczynało świtać. Zrobiło się zimniej, a niebo poszarzało. Minuta za minutą z mroku wyłaniały się kolejne szczegóły. Liście, igły, połamane gałęzie, asfalt nierówno wylany na jezdnię. Droga dalej była prosta. Istniała z tyłu i z przodu, ale nie zamierzała skręcać.

               Robiło się jaśniej. Zimne światło poranka zalewało świat, żeby zastać na nogach tylko jednego człowieka idącego przed siebie. Krajobraz się nie zmieniał, kolory dalej ograniczały się do wyblaklej zieleni oraz różnych odcieni szarości i brązu, a promienie słońca chyba straciły swoje ciepło, bo mimo że było ich coraz więcej, wcale nie grzały Doriana. Wręcz przeciwnie. Mężczyzna czuł, jak go przenikają, są chłodne niczym nocny wiatr, tylko czystsze, niematerialne.

               I wtedy pojawił się nowy element. Zielona tabliczka stojąca po jego stronie drogi. Dorian podszedł do niej, zatrzymał się i przeczytał „Granica państwa 1000m”. Patrzył i nie rozumiał tego, co widzi. Jak granica państwa? Przecież to niemożliwe, żeby był tak blisko. A może wcale nie był blisko, tylko szedł tak długo? Jak długo szedł w ogóle? Przecież to naprawdę jest spora odległość. A przynajmniej powinna być… No nie mógł być tak blisko. Po prostu nie!

               Zdjęty nagłym strachem odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem. Szedł szybko, cały czas wyglądając znajomej bramy zakończonej szpikulcami. Ale las ciągnął się i ciągnął, nie zamierzając pokazać mu żadnego przyjaznego elementu. A on szukał go wzrokiem tak spragniony, jak spragniony jest człowiek po wielodniowym pobycie na pustyni. Miał wrażenie, że idąc w tę stronę, jest dużo dalej, że już nigdy nie dotrze do oznak cywilizacji, do znajomych budynków i bram.

               O ile wcześniej czuł się przynależny do niezmiennej rzeczywistości, o tyle teraz zaczynał się poważnie bać, że zostanie w wąwozie lasu już na zawsze. Czuł się jak marynarz, który wypłynął na otwarte morze. Przecież zostawił brzeg tuż za horyzontem, a teraz wracał i tego brzegu nie było. Wszędzie była tylko woda, a on płynął przed siebie z rozpaczliwą nadzieją, że w końcu ujrzy upragniony ląd. Wydawało mu się, że powinien już być, przecież nie był tak daleko. A może… a może tego brzegu już nie ma?

               W końcu jednak zobaczył swój brzeg. Metalowa brama stała niewzruszona na swoim miejscu. Dorian poczuł taką ulgę, kiedy do niej dotarł, że zatrzymał się i chwycił dłońmi jej pręty, żeby już nigdzie nie mogła mu uciec. Kiedy panika opuściła jego umysł i znów zaczął myśleć trzeźwo, spojrzał w głąb zarośniętego ogrodu, by zobaczyć, jak dom dziewczynki wygląda za dnia. Spojrzał i zamarł. Zamrugał kilka razy, ale to nie pomogło. Budynek, który mieścił się w głębi zaniedbanej działki wcale nie był domem, ale… kasynem.

               Stał niewzruszony wśród drzew i wyglądał, jakby był tu od początku świata. Ze ścian odłaził tynk, część okien była powybijana, a neon, który wisiał na dachu i głosił, że jest to kasyno, był zakurzony. Część liter trzymała się tylko na słowo honoru. Ale przecież… przecież tu wczoraj stał dom. Na własne oczy widział żółte światło padające z jego okien.

               W tym momencie jedna z liter zamrugała na żółto, po czym natychmiast zgasła ze strzałem drobnych iskierek spowodowanych kolejnym zwarciem. Dorian oderwał wreszcie wzrok od budynku, który wcale nie powinien tu stać i przyjrzał się bramie. Była dokładnie taka, jak w nocy. Z jedną tylko różnicą. Ktoś przyczepił do niej kartkę.

               Mężczyzna przyjrzał się kawałkowi papieru i z trudem przeczytał treść informacji. „Tego dnia umarła.” I nic więcej, żadnej daty, miejsca, nazwiska. Dorian nie miał jednak najmniejszych wątpliwości, że chodzi o nią. O dziewczynkę, którą odprowadził wczoraj dokładnie w to miejsce.

               Poczuł się, jakby ktoś walną go obuchem w głowę. Odczepił się od bramy i zatoczywszy się, poszedł dalej. Każdy krok był ciężki, a stopy zdawały się nie współpracować. Popadł w zupełne otępienie. Miękki plusz wypełnił jego umysł, nie pozwalając mu myśleć. Ciało mu ciążyło i tylko jakaś nieznana siła pozwalała mu iść dalej.

               Naturalną koleją rzeczy dotarł w końcu do swojego kasyna. Przy wjeździe na parking tajemnicza siła przestała działać. Miękki plusz otulający jego myśli ze wszystkich stron opadł, wystawiając go na bodźce otoczenia. Dorian spostrzegł znajomy budynek, parking, automat z papierosami i samochody, które w przeciągu nocy zapewne kilkukrotnie zmieniły właściciela. Po plecach przeleciał mu zimny dreszcz. W tej chwili był absolutnie pewien, że jeżeli natychmiast stąd nie ucieknie, kasyno rzuci się na niego z zębami i pazurami niczym dzika bestia.

               Przerażony rzucił się biegiem przed siebie. Cały czas przyspieszał kroku, mimo że czuł już kłucie w klatce piersiowej i zaczynało mu brakować oddechu. Gotowały się w nim wszystkie uczucia, które poczuł i słyszał wszystkie dźwięki, które kiedykolwiek padły w kasynie. Radość wygranej, wściekłość porażki, rozczarowanie, strach. Westchnienia radości, okrzyki zgrozy, śmiech wygranych, spazmatyczny chichot przegranych, tępe uderzenia głów o umywalki. To wszystko kłębiło mu się w głowie, nabijając jego umysł cieniutkimi szpileczkami.

               Biegnąc, zostawiał to wszystko za sobą. Okrzyki stawały się coraz odleglejsze, zdania zlewały się w całość tak, że nie był w stanie rozpoznać słów, uczucia już nie były jego. Aż wreszcie nie zostało nic. Był pusty i czysty, a w jego głowie było cicho.

               W tym nowonarodzonym świecie istniał tylko jeden fakt: podeszwy jego butów się przetarły, a on czuje podłoże, po którym cały czas biegnie. Poczuł, jak zalewa go fala ulgi. Boże, jak dobrze, że ma w domu drugą parę butów!

               Tego dnia umarła w nim miłość do hazardu.